-->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gajeel x Levy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gajeel x Levy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2020

Levy x Gajeel dla Esumi Hope

Zamówione 26 października 2015 roku. Po prawie pięciu latach - pojawiło się.
Czy ktoś jeszcze w tych czasach zagląda na blogi? 

****
"Życiem nie pokierujemy"

Minęło tyle lat odkąd są ze sobą. Tyle cudownych i cukierkowych lat odkąd ten chłopak z ulicy i ja – mól książkowy; się w sobie zakochali. Odmienili swoje życia i postanowili kroczyć jedną, wspólną ścieżką ku przyszłości.

Wpatrywałam się w kolejny rocznicowy prezent od niego. W kolejną książkę, o której zawsze marzyłam, której nie mogłam dostać, a którą on dzięki swoim „kontaktom” mógł dla mnie zdobyć. Zawsze to samo. Kwiaty i książka, cały dzień chodzi za mną jak pies i jest na moje każde skinienie. Czy mówię tak tylko o rocznicach? Że tylko wtedy o mnie pamięta? Nie. Tak jest dzień w dzień. No może trochę z kwiatami przesadzam, aż tak często to ich nie dostaje. Ale książki? Zanim go poznałam nie sądziłam, że nadejdzie taki dzień, w którym będę miała ich dosyć! Nawet to potrafi zepsuć, głupi Gajeel.

Tak trudno pojąć że miłość to coś więcej niż jego służalczość względem mnie? Nie w takim chłopaku się zakochałam, nie takiego mężczyzny oczekiwałam.

Gdzie ta spontaniczność z początków naszej znajomości? Gnanie motocyklem na złamanie karku, spontaniczny seks w miejscach publicznych? Gdzie to wszystko się podziało… Gdybyśmy jeszcze chociaż mieli dzieci, które takie sytuacje hamują, ale ich nie mamy! Nie mamy żadnego powodu by skapcieć, ale to się właśnie z nami stało. Skapcialiśmy. Przynajmniej dla mnie to tak wygląda. Po nim widać, że podoba mu się tak jak jest.

Długo się do tego zabierałam, ale muszę to skończyć. Nie mogę tak żyć. Tak nudno, zwykle… Tak pospolicie. Nie do tego mnie przyzwyczaił, nie tego zapragnęłam i nie na to będę się godzić.

- Gajeel, możemy porozmawiać?

Długo nie musiałam czekać, wychylił się z kuchni i po chwili podszedł do mnie ściągając ubrudzony fartuszek kuchenny. Uśmiechał się idiotycznie. Znaczy, jak to wszyscy mówią, z miłością. Nie wierzę, że tak bardzo zmienił się ten sam chłopak, który jeszcze dwa lata temu dzień w dzień wracał z nowymi siniakami i złamaniami. Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się psuć w momencie kiedy wyjął z siebie cały piercing. Stracił na groźnym wyglądzie. A co najgorsze. Wyjął CAŁY piercing, cały. Nawet ten z penisa. Jakie to były doznania, czuć go w sobie tak brutalnie. Ale nie. Wszystko się zmieniło. Najpierw przyzwyczaja mnie do innego siebie, a potem to odpuszcza. Wolałabym żeby mnie zostawił dla innej. Bo teraz nie wiem czy on się zmienił czy to ja go zepsułam?

- O co chodzi Leviś? - spytał siadając obok mnie na kanapie. Kiedyś usiadłby na stoliku przede mną, rozłożył nogi i patrzył ze śmiechem jak się zawstydzam nad jego bezpośredniością. No i ta ksywka. Do tej pory były to jakieś przytyki do mojego wzrostu, ale teraz zdrobnienie, to samo którego używa Lucy. Mam w domu mężczyznę czy najlepszą przyjaciółkę?

- Nie chciałam tego robić. Długo mi zajęło przemyślenie tego, a co najistotniejsze danie tobie szansy by to odkręcić.

- Em… Leviś, nie wiem o czym mówisz?

- O czym mówię? Gajeel nie widzisz?! Zmieniłeś się!

- Ostatnio ściąłem włosy, ale nie widzę powodu by z tego powodu poważnie rozmawiać.

Przesunęłam dłonią po twarzy. Co za idiota.

- Chciałam zrobić to delikatnie. Albo chociaż w sposób uargumentowany. Ale szczerze powiedziawszy nie wiem jak miałabym to ująć inaczej niż tak: Mam ciebie dosyć. Nie jesteś tym samym sobą, w którym się zakochałam. Nie czuję tego co wcześniej.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Że już cię nie kocham idioto!

Musiałam to wykrzyczeć. Tak długo to w sobie nosiłam, okłamywałam sama siebie, myślałam że to tylko chwilowe, ale taka jest prawda. Nie kocham takiego Gajeela.

Patrzyłam na jego reakcję, ale ten idiota tylko czule się uśmiechnął, wstał i przytulił się do mnie. Zamurowało mnie kompletnie, czy on nie usłyszał co ja powiedziałam? Wyszeptał mi do ucha: „Mimo wszystko, zawsze będę cię kochał”. Odsunął się ode mnie, poklepał po głowie i uśmiechnął tak, że przez chwilę widziałam w nim dawnego siebie. A potem wyszedł.

- To było dziwne. - mruknęłam sama do siebie. - Ale już po wszystkim. Koniec z Gajeelem.


- To wprost nie do uwierzenia, że z nim zerwałaś Leviś. Byliście taką słodka parą.

Siedziałyśmy w kawiarni gdzie Erza dorabia weekendowo, to jedyne miejsce gdzie tak naprawdę możemy się spotkać i wszystkie razem zobaczyć. O ile Lucy, Mira czy Wendy nie mają problemu by spotkać się gdziekolwiek o jakiejkolwiek porze, tak umówić się z Erzą jest wręcz niewykonalne. W tygodniu pracuje po osiem godzin dziennie jako księgowa, po pracy prowadzi kurs aikido dwa razy w tygodniu, a przez trzy dni kiedy mogłaby mieć wolne po południu dorabia jako korepetytorka matematyki, tylko po to by w weekend po dwanaście godzin pracować jako kelnerka. Z tego co Lucy się dowiedziała, ale jeszcze tego nie potwierdzono, podobno wieczorami zarówno w sobotę jak i w niedziele sprząta miejscowy teatr.

Wszyscy ją podziwiają, wszyscy zachodzą w głowę dlaczego to robi. Nigdy nie narzekała na małe zarobki, zwłaszcza że jej chłopak – Jellal, jest prawnikiem. Idealnie nudna para, księgowa i prawnik. Ostatnio między nimi dochodziło do spięć i faktycznie jakiś czas temu Jellal wyjechał, ale chodziłoby o pieniądze? Czy może tak napięty grafik ma tylko odciągać Erze od myślenia o nim?

Związki są dziwne i skomplikowane. I nieprzewidywalne. To przede wszystkim.

- Na początku faktycznie było coś takiego, ale.. Nie czułam już tego samego od bardzo dawna. Nie widziałam żadnego powodu dla którego ta relacja między nami się zmieniła, on niczego nie zauważał, nie potrafił odpowiedzieć na moje pytania, bo dla niego to było normalne. - odpowiedziałam Lucy na pytanie i w tym samym momencie podeszła do nas Erza z naszymi napojami. Podała mi moją ulubioną zieloną herbatę z nutą truskawek, Lucy dostała swoje latte z orzechowym syropem a Mira, jak zawsze, mocną, czarną kawę na potrójnym espresso. Swoją drogą, jak Mira może to pić to nikt nie wie. Mnie sam aromat odstrasza.

Erza klapnęła na wolnym miejscu koło Miry i rozejrzała się po stoliku.

- Nie ma dzisiaj z wami Wendy?

- Pojechała do Juvii i Graya na weekend opiekować się młodym. - odpowiedziała Mira i wzieła duży łyk swojej smolistej kawy.

- Ach… to już ten weekend? Faktycznie coś wspominała o tym. Nie mam ostatnio głowy do terminów. - westchnęła i oparła się wygodniej, uprzednio sprawdzając czy nie potrzebują jej przy jakimś stoliku. Ma szczęście, ze to kameralna kawiarnia, w dodatku prowadzona przez bliskiego znajomego jej ojca i nie ma w niej szaleńczego ruchu, ale nie znaczy że nie ma wcale.

- To chyba niedobrze jak nie masz głowy do terminów, pani Księgowo. - zaczepiła Mira.

- Odczep się, ostatnio pomyliłam terminy faktur i gdybym tego nie skorygowała mieliby wielki powód by mnie wywalić.

- Nie sądzisz, że trochę przesadzasz? Ty w ogóle przebywasz w mieszkaniu? Śpisz? - spytałam z troską. Erza bardzo mi pomogła gdy byłam dzieckiem i zawsze będzie dla mnie jak starsza siostra, w sumie mam wrażenie, że wszystkie jesteśmy siostrami.

- Bywam. To trochę męczące, ale konieczne. Wiem, że to nie wygląda za… zdrowo. Ale jest konieczne. I myślę, że niedługo się skończy więc jeszcze trochę, proszę, ignorujcie mój pracoholizm.

- Teraz to nas zaciekawiłaś. - Lucy powiedziała to o czym wszystkie myślałyśmy. Ale Erza szybko odbiła atak.

- Nie mieliśmy rozmawiać o Levy i jej zakończeniu związku?

- To koniec, o czym tu rozmawiać. Ciekawi mnie bardziej co się dzieje w twoim związku.

- To trochę skomplikowane. Trochę bardzo. Opowiem wam jak już wszystko się skończy, jasne? Zaufajcie mi po prostu.

Wszystkie poczułyśmy się zawiedzione. Zawsze to samo, nigdy nie chce powiedzieć o co chodzi. Tylko odwleka. Nawet jakbyśmy chciały jej pomóc to nie wiemy jak i dlaczego. W tym zawsze była mistrzem, w trzymaniu swoich problemów dla siebie.

- Więc… Jakoś w tamtym tygodniu dzwoniła do mnie Kagura. Wspomniała, że widziała Gajeela w Haregonie. Jeśli się nie mylę to już po waszym rozstaniu, więc to naprawdę na poważnie, Levy?

Gajeel w Haregonie? Co on tam mógł robić. Nieważne. Otrząśnij się. To już przeszłość. On już cie nie interesuje.

- Tak. Na poważnie. Mówiłam już to dziewczynom wcześniej. Nie czuję do niego tego samego co kiedyś. On tak jakby… stał się najgorszą z wizji jakie mogłabym o nim mieć. To nie miało sensu, skoro nie byłam z nim szczęśliwa, prawda?

Poczułam się trochę gorzej. Odkąd tylko Gajeel wyszedł z naszego, z mojego mieszkania dręczyło mnie przeświadczenie, że zachowuję się idiotycznie, że powód dla którego przestałam go kochać, uważać za pociągającego jest taki idiotyczny i dziecinny. Że zachowałam się jak suka, a on na to nie zasłużył. Nie wiem co o sobie myśleć. Z jednej strony był moim Gajeelem. Z drugiej już nim nie był. Prawda?

- Jeśli jesteś szczęśliwsza bez niego to dobrze zrobiłaś. - powiedziała pocieszająco Lucy. Zawsze wie co powiedzieć, aby kogoś pocieszyć. Bałam się jednak spojrzenia Erzy. Mira już wcześniej powiedziała mi, że mężczyźni są nieobliczalni w całkiem inny sposób niż kobiety i nim się zorientuję, Gajeel wróci taki jak zawsze i zwali swoje zachowanie na jakiś głupi zakład czy pomysł. Ale z Erzą nie miałam jeszcze kiedy o tym porozmawiać. I to chyba jej opinii boje się usłyszeć najbardziej.

- Nie wiem jak to wyglądało między wami. Czy naprawdę psuło się z chwili na chwilę czy ot tak. Jednak zanim zdecydujesz się na definitywny koniec, przemyśl czy to jest to czego naprawdę chcesz. Cztery lata temu ja i Jellal byliśmy bliscy ze zrezygnowania z nas. I może teraz tego nie widać, jestem szczęśliwa ze uparliśmy się by o siebie walczyć. Nie wyobrażam sobie tego jak moje życie miałoby wyglądać bez niego.

- Erza! - usłyszeliśmy głos staruszka, który upomniał dziewczyne, że jest w pracy.

- Ach. Miło się gadało, ale obowiązki wzywają. Pamiętaj Levy – przemyśl wszystko.

Kiedy Erza wróciła do pracy, pogadałyśmy z dziewczynami jeszcze o jej dziwnym zachowaniu i o tym co może być tego powodem. Podniosły mnie na duchu, że wszystko będzie dobrze. Niezależnie od tego czy Gajeel do mnie wróci czy też ułożę sobie życie z kimś innym.

Kiedy wyszłam z kawiarni i udałam się w stronę mieszkania wciąż w głowie słyszałam słowa Erzy, że powinnam to wszystko przemyśleć. Czy ona wie o czymś czego ja nie wiem? Dlaczego więc mi nie powie? O co w tym wszystkim chodzi!? Do cholery! Miało być łatwiej bez niego, a jest tylko bardziej skomplikowanie!


Kiedy to wszystko tak bardzo się zepsuło? Dlaczego to się zepsuło? Nie rozumiem. Gdzie podział się ten Gajeel, w którym się zakochałam? Tamtego dnia myśleliśmy, że już zawsze będziemy szczęśliwi. Tamtego dnia…

Trzy lata wcześniej

- Jasne, że nie ma problemu. Oczywiście. Pasuje mi. Nie, nie szkodzi. Zapomniałaś? Masz plany? Nie no.. nie ma sprawy. Zajmę się sobą. To żaden problem.

- Dzieciaczku, nie zgubiłaś się czasem, hi hi? - usłyszałam za sobą. Przez te złość zapomniałam dokąd idę. Szybko się rozejrzałam i zorientowałam, że wpadłam w niezłe bagno. Tymi uliczkami się nie chodzi. Chyba że ma się dosyć życia. Głupi powód by umrzeć, wejść w złą uliczkę i dać się zabić, bo było się złym że przyjaciółka przełożyła plany. Co robić? Co robić by się nie dać zabić… Napastnicy często liczą tylko na strach ze strony swojej ofiary, więc wystarczy jakikolwiek odzew z mojej strony i to go zdezorientuje i zdążę uciec. Jestem geniuszem!

- Jeśli chcesz brzmieć strasznie, to nie rżyj na końcu wypowiedzi. - powiedziałam i rzuciłam się by uciec, ale natrafiłam na coś twardego na swojej drodze, co nie chciało ustąpić. Trzymało mnie mocno i nie miało zamiaru puścić, przestałam się wierzgać i spojrzałam w górę. Napotkałam spojrzenie rozbawionych ciemnoczerwonych oczu. Ten facet nie był normalny. Nie miał brwi tylko kolczyki, w brodzie kolczyki – wszędzie kolczyki, a czarnych, długich i szpiczastych włosów to pozazdrościłby mu nawet sam Sonic.

- Mocne słowa jak na takie dziecko. - Cholera. Koleś ma nawet ostry ton głosu. Brzmi jakby ktoś ocierał ostrze o ostrze. I tak zginę. Wspaniale. Lucy ty i Twoje przekładanie planów!

- Dobra, mam dosyć. Rób co chcesz tylko potem zadbaj bym nie wyglądała głupio jak mnie znajdzie policja. - odpowiedziałam zrezygnowana. Koleś jest pięć razy większy niż ja, na co mój opór?

- Ghihihi! - ryknął mi nad uchem. - Wiesz co, dzieciaku? Zabawna jesteś. I malutka. Uciekłaś z cyrku?

- Kto tutaj uciekł z cyrku? W porównaniu do ciebie jestem BARDZO normalna.

- Czy ty zdajesz sobie sprawę w jakiej sytuacji się znajdujesz?

- Tak. W ciemnej uliczce z jakimś kretynem, który leczy swoje kompleksy napastując młode kobiety.

- Kompleksy? - dlaczego ja to wszystko mówię?! Chyba przegięłam, na pewno przegięłam, zaraz mnie zgwałci i zabije. - Jak na taką… - nie dokończył bo nagle usłyszeliśmy kroki dochodzące z drugiego końca alejki. Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować zasłonił mi dłonią usta, mocno chwycił i przyciągnął do siebie chowając się bliżej ściany. Opierając się o jego twarde ciało miałam wrażenie, że go nie ma a za sobą mam głaz. Cholera. Powinnam przestać czytać książki, które zamawiam Erzie, bo zaraz będę błagać oprawcę by się ze mną przespał.

- Kurogane powinien tutaj być. Taki dostaliśmy cynk.

- A widzisz go tutaj? Ktoś go musiał uprzedzić, że go szukamy, cholera! Nic by mnie nie zadowoliło bardziej jak widok tego złamasa w kałuży własnej krwi.

Poczułam jak chłopak za mną cały się napina i lekko pochyla w moim kierunku. Po chwili słyszałam bardzo cichy szept.

- Zaraz cię puszczę, nie zastanawiaj się i biegnij jak najbliżej ściany i jak najdalej od nich. Jeśli zobaczą cię w moim towarzystwie, będziesz miała przejebane do końca życia, a postarają się żeby nie było ono długie, zrozumiałaś?

Kiwnęłam głową i poczułam jak mnie puszcza, odsunęłam się powoli od niego i w momencie w którym on wyszedł z cienia na spotkanie ja puściłam się biegiem przed siebie.

Od tamtej przygody minęły dwa dni i nie mogłam wyrzucić tego z głowy. Coś było w tym chłopaku. Jakiś cień, który chciałoby się poznać. Jak postać w książce, która wpada na chwilę do głównej historii i zagadkami mówi o swoich przygodach i aż chce się dowiedzieć o niej czegoś więcej, ale autor na to nie pozwala.

Chociaż bardzo chcę, nie mogę go wyrzucić ze swojej głowy.

- Hej, dzieciaku. - spojrzałam przed siebie i nie mogłam uwierzyć. On tu był. Stał przy chodniku oparty o motor, na twarzy miał parę zadrapań, a dłonie miał zabandażowane, ale uśmiechał się kpiąco i patrzył prosto na mnie.

- Jakim cudem jeszcze żyjesz? - spytałam podchodząc. Wiem że igram z ogniem, ale nie mogę się powstrzymać. Miał już szansę by mnie skrzywdzić, a z tego co zrozumiałam to raczej mi pomógł ujść z życiem.

- Mam szczęście. Chcesz się przejechać? Jesteś mi coś winna za uratowanie życia, a druga opcja ci się nie spodoba, ghi hi.

Pominął fragment, w którym najpierw on był zagrożeniem dla mojego zdrowia.

- Co ja mówiłam o tym rżeniu na końcu?

- Boisz się wsiąść na motor, że znowu igrasz?

- Dawaj kask.

- Ghi hi.


Stało się to już chyba rutyną. Wracam z pracy, spotykam Gajeela – tego dupka z dziwnym śmiechem; bierze mnie na przejażdżkę i odwozi do mieszkania. Lucy nie lubi go i ostrzega mnie przed nim za każdym razem, ale Erza wydaje się być spokojna. Podobno się znają, ale ani Erza nie mówi nic więcej na ten temat, a tym bardziej Gajeel, który dziwnie reaguje na jej imię.

Nim się obejrzałam Gajeel był w moim życiu obecny. Bardzo dużo rozmawiamy o jego przeszłości, o mojej. O tym co nas różni. I co zaskakujące mam wrażenie że to nas bardzo do siebie zbliża.


Obecnie

Obudziłam się i nagle do mnie wszystko dotarło. W dniu w którym po raz pierwszy powiedzieliśmy sobie „kocham cię”, zabrał mnie motorem nad jezioro, dał książkę o której wspomniałam raz, aby sprawdzić czy mnie słucha, a potem kochaliśmy się gwałtownie w wodzie. Po wszystkim rozmawialiśmy o tym co nas mogłoby zabić, gdyby stało się rutyną związku. To wtedy mu powiedziałam, że najbardziej obawiam się, że mój związek będzie nudny i bezbarwny. Zażartował, że z taką obawą to aż sama się prosiłam by go poznać. Obiecał mi, że nigdy nie skarze mnie na takie pospolite zachowania.

Ale to zrobił. Wiedział dobrze że mnie to od niego odsunie, ale to zrobił. Dlaczego? Co było takiego ważnego, że posunął się do złamania obietnicy?

Erza coś wie. Musi coś wiedzieć. Chwyciłam telefon, zignorowałam ze jest druga w nocy i wybrałam jej numer. Odebrała za trzecim razem.

- Leevy. Coś się stało? - słyszałam jej zaspanie, pewnie niedawno wróciła i już ją wyrwałam ze snu, ale nie czułam się z tego powodu winna, ona coś ukrywa.

- Co wiesz o Gajeelu?

- Levy. Wiesz, ze kocham cię jak siostrzyczkę. Ale jest druga w nocy a Ty wydzwaniasz z quizem o swoim byłym. Jeśli to wszystko to wybacz, ale wracam spać.

- Erza! Do cholery, czego mi nie mówisz!

Po drugiej stronie zapadła cisza, myślałam, że się rozłączyła, ale po chwili usłyszałam:

- Jesteś w stanie do mnie przyjechać? To nie jest rozmowa na telefon.


Ubrałam się najszybciej jak mogłam, zamówiłam taksówkę i pojechałam do domu Erzy. Co ona ma mi takiego do powiedzenia?

Gdy tylko podeszłam do drzwi, otworzyły się, a szkarłatnowłosa stała w nich i smutno się uśmiechała, jeśli to z powodu dla którego tu jestem to naprawdę zaczynam być przerażona.

- Skoro do mnie zadzwoniłaś to znaczy, że przemyślałaś to?

- Przemyślałam to, ze Gajeel zachowywał się tak specjalnie. Od dwóch lat był najgorszą wersją siebie – nie sobą. Wiedział dobrze, jaki mam stosunek do takiego zachowania, a mimo to robił wszystko bym go znienawidziła, prawda? Dlaczego?

- Usiądź. Muszę najpierw ci coś wytłumaczyć, a później on to zrobi.

Czekaj co? Usiadłam skonfundowana. Gajeel tu jest? Czy oni mają romans?! CO TU SIĘ DZIEJE!?

- Gajeel rok temu spotkał się ze mną i poprosił mnie bym oddała mu przysługę. Uznał, że najlepiej będzie jeśli to ja będę musiała ci wszystko wytłumaczyć, w razie gdyby list nie wystarczył.

LIST? O CO CHODZI?!

Erza podała mi kopertę, rozpoznałam ostre pismo Gajeela, wyjęłam z niej dwie kartki. Dwie kartki wystarczyły by moje serce rozpadło się na maleńkie kawałeczki.


„Hej Dzieciaku

Jeśli to czytasz to Twoja straszna starsza siostra wywiązała się z umowy, podziękuj jej – wiem że nie było to dla niej łatwe, bo naprawdę cię kocha a nie mogła Ci pomóc.


Dała Ci list więc stało się to o czym nie chciałem przez długi czas myśleć. Przegrałem. Wybacz mi, ale okazuje się, że nie zawsze mam szczęście i nie zawsze wyjdę cało z każdej sytuacji.

Poznanie Ciebie było najlepszym co przytrafiło mi się w życiu. Nasze wspólne chwile były wszystkim czego pragnąć mogłem od życia. Jeśli byłaś choć w połowie tak szczęśliwa z naszego związku jak ja to skala spełnienia już dawno przekroczyła granice.

Wybacz jeśli czegoś nie zrozumiesz, albo gdzieś popełnię błąd, ale to ty byłaś tą łebską w tym związku. Choć przyznam że mimo powagi tego co chcę Ci przekazać – siedzę teraz ze słownikiem i sprawdzam poprawność każdego jebanego słowa. Wybacz, Dzieciaku.

Zapewne zdecydowałem się kontynuować swój okropny plan, dlatego musisz zrozumieć jedno. Nie potrafiłem powiedzieć, że cię nie kocham. Nie potrafiłem cię odrzucić. Nie potrafiłem cię zranić. Dlatego musiałem sprawić byś to ty porzuciła mnie. Ale hej! Ja to ja, łatwo mnie znienawidzić.

Zastanawiasz się pewnie dlaczego to wszystko. Rok temu, kiedy ten zjeb mój przeciwnik mi przyłożył tak, że straciłem przytomność a Ty mnie znalazłaś i zabrałaś na pogotowie, lekarz przekazał mi kurewską przykrą nowinę. Przy jakiś tam badaniach wykryto w moim bebechu guza. Po dokładniejszym badaniu wyszło, że mogę wydłużyć swoje życie, ale go nie uratuję. Za małe szanse na to. Myślałem nad tym bardzo długo i co do jednego zawsze byłem pewien. Nie chciałem byś była przy mnie jak będę umierał, nie zasłużyłaś na to by mnie widzieć w takim stanie. Będę starał się jak tylko będę mógł, ale jeśli będę coraz bliżej końca, będę musiał liczyć, że w końcu moje zachowanie cię zniechęci i odpuścisz. I nie będę miał Ci za złe. Będę nawet wdzięczny jeśli nie będziesz przeszkadzać w realizacji mojego planu.


Mam nadzieję, że mimo wszystko jeszcze kiedyś się uśmiechniesz i uszczęśliwisz jakiegoś innego kolesia, tak jak uszczęśliwiłaś mnie.



Twój Dupek z Alejki, ghi hi

Gajeel


Ps. Nie bądź zła na Erze, że nic Ci o tym nie powiedziała, błagałem ją by dopilnowała byś się o tym nie dowiedziała, mogła Ci powiedzieć tylko w dwóch przypadkach – albo po mojej śmierci (teraz) albo gdybym był na tyle głupi że istniałoby rozwiązanie, a bym się go nie podjął, mimo że mogłoby mi pomóc.”


sobota, 22 sierpnia 2015

Gajeel x Levy dla Hikari

" Patrzmy na to, jak na zwykły flirt, nie miłość"


~*~

W  owym czasie był bardzo popularny motyw mienia chłopak lub dziewczyny, jednak takie rzeczy zbytnio ją nie interesowały. Choć sama chęć zdobycia tego, pierwszego, którego pokocha nie dawała jej spać... 
Nie chciała pokazać, że jest dziewczynom, która szuka młodzieńca tylko z tego powodu, żeby być fajnym. Jednak Lucy nie dawała jej spokoju, ciągle powtarzając. "Jak genialnie jest mając koło siebie osobę, która cie kocha". Przez co chciała spróbować smaku  związku, którego jeszcze nigdy nie poznała na własnej skórze. 
Ochota poznania przez nią kogoś nowego zgasła, przez blondynkę, która chciała wyciągnąć ją na spacer z nią, Natsu i "kolegom" jej ukochanego. Rzecz jasna odmówiła, jednak Heartfilia nie dała za wygraną i przekonała ją do zmiany zdania. Tak więc zgodziła się i wylądowała przed domem Lucy, czekając na nią by mogły ruszyć. Po kilku minutach strojenia się dziewczyny pomaszerowały w stronę parku Magnolii, na umówione miejsce ich spotkania.
Nie wiedziała co ma sądzić, znała Natsu, nie był złym typkiem, ale głupim owszem. Miała nadzieję, że nie trafi się jej nikt podobny, a chodziło jej głownie o inteligencje. 

~*~

Czekał w spokoju, aż przebędą dziewczyny i ta jedna, którą ma poznać. Nie miał ochoty na związek, bo był on samym utrapieniem dla każdego mężczyzny...Jednak Dragneel musiał jak zawsze wkurzać go swoją gadką, więc zgodził się dla świętego spokoju. 
- Są!- wrzasnął Natsu, po czym wskazał na ścieżkę przed nimi. 
Szły w ich stronę dwie postacie, podeszły do nich i się zatrzymały, a właściwie niebiesko-włosa dziewczynka. Zaś blondynka rzuciła się na różowo-włosego, o mało co, go nie obalając na ziemie. 
- Cześć- powiedziała niebiesko- oka- Jestem Levy.
- Ta, jestem Gajeel.- odparł.
Nie chciało mu się gadać, a nie chciał być chamski dla tej Levi. Wydawała mu się tak krucha i delikatna. Tym bardziej, że była mała. Nie chciał takiej za dziewczynę, najchętniej to by się zmył.
- Wiecie- zaczęła Lucy- Idę z Natsu po coś do picia, a wy poczekajcie, ok? -odparła. Nawet nie czekała na ich odpowiedź, złapała Natsu za rękę i pobiegła przed siebie.
- Lucy!- wrzasnęła niebiesko-włosa. 
Jednak dziewczyna już pobiegła.
- Szczerze, skoro poszli, to może my też rozejdźmy się do domów-zaproponowała.
Spojrzał na nią. Większość dziewczyn nie odchodziła tak po prostu od niego, tylko ciągle na niego gapiły. I wkurzały go zbędnymi pytaniami, więc Levy zainteresowała go... Chciał zobaczyć jaka ona jest i przekonać się w najlepszy możliwy sposób...
Bez słowa podszedł do niej i pocałował ją, po czym spojrzał na jej czerwoną twarz. 
- C-co ty robisz...?!-wydukała.
- Nic, sprawdzam coś.- odparł.- Skoro przyszłaś się tu zemną spotkać to pewnie szukasz chłopka. Więc może chcesz spróbować ?
Nie odpowiedziała nic.
- Więc to prawda ?- Uśmiechnął się- Czy zaszkodzi nam trochę zabawy. Patrzmy na to jak zwykły flirt, nie miłość.-rzekł.
- Zgoda. Nie będziemy bawić się w miłość-odparła.- Ale i tak idę do domu-powiedziała.
- Dobrze,  jesteś wolnym człowiekiem, a mogę cie nawet odprowadzić...-Uśmiechnął się.
I tak zaczęli iść przed siebie w nastrojowej atmosferze.

~*~


Cały układ z  Gajeelem był dość dziwny, lecz podobał jej się. Była z reguły, ciekawa nowych doświadczeń, więc mogła spróbować związku w którym nie ma miłości, a potem bez żadnych przeszkód zakończyć go, będąc szczęśliwa.
Jednak kłopoty zaczęły się na samym początku…  A właściwie dziwne spojrzenia na nią i wysokiego dryblasa mającego pełno kolczyków na twarzy. Przy jej wyglądzie wyglądał jak „godzila z czarnego wymiaru”…  A przynajmniej stwierdziły tak dziewczynki przechodzące tuż o bok nich… Na to brunet chciał zaproponować im przelot po niebie i lądowanie w  kosza na śmieci, jednak dziewczyna zdołała go powstrzymać…
Drugi. Głupie pytania na temat jej „związku” z chłopakiem.  A było ich pełno, więc zaczęły ją irytować ciągłe odpowiedzi.
Trzeci. Raptownie większość dziewczyn w szkole, ale i w mieście zaczęło patrzeć na nią krzywo, lecz nie dała się im, choć nie było to łatwe przy wytatuowanych i umięśnionych byłych Redfoxa.
Czwarty. Nie nadszedł, jednak była pewna, że będzie ostateczny i dokopie jej najmocniej.
Po dwóch tygodniach spędzania czasu z chłopakiem, przyzwyczaiła się do jego wrednej natury, a on do jej natury mola książkowego, więc byli kwita. A przynajmniej on tak sądził…
Choć był to udawany związek, zabierał ją na spacery, do kina czy restauracji. I był dla niej miły. Chciał zrobić dobre wrażenie, więc była pewna, że zbliża się nie ubłagany koniec ich układu.  Była na doskonale przygotowana, choć lubiła z nim przebywać. I właśnie w ten sposób potwierdziła słowa przysłowia „Nie oceniaj książki po okładce”. Choć Gajeel był wyskoki, umięśniony i chodził w podartych ubraniach i miał pełno kolczyków na twarzy, dało się go lubić. A właściwie jego charakter, który był niczego sobie. Był inteligentny, choć strasznie impulsywny…

~*~

Zwykły zabawa w jakiś dziwny sposób przerodziła się w jego obowiązek. Powoli zaczął lubić niebiesko- włosą bardziej niż przyjaciółkę, jak na udawany związek. A uświadomił sobie to o kilka dni za późno. Stawał się zazdrosny o głupich chłopaków rozmawiający z nią, jednak nie mówił nic by nie wyjść na durnia. Więc wiedział co musi zrobić. Zakończyć to teraz i raz na zawsze.
Ta dziewczyna zaczęła go zmieniać, a on nie widział w tym żadnego problemu…
Wziął telefon i napisał do dziewczyny.
   Spotkajmy się w parku, chciałbym z tobą porozmawiać.
                                                ~Gajeel
Wiedział, że najlepiej zakończyć to  wszystko w miejscu w którym się to zaczęło…

~*~


Odczytała wiadomość od chłopaka. I samowolnie zaczęła się zbierać na spotkanie z nim. Wiedziała co oznaczają te słowa, koniec… I dobrze wiedziała, że on nastąpi, więc nie musiała martwić się o takie rzeczy. Porozmawia z nim i wróci do normalnego trybu życia, jednak nie będzie jej łatwo po dwóch miesiącach przebywania z nim…
Schowała telefon do kieszeni, po czym zbiegła na dół i zaczęła się ubierać. Założyła trampki i nałożyła na szybko kurtkę, po czym wyszła z domu maszerując wprost do parku, na krótką rozmowę.
Powoli zmierzała w kierunku miejsca ich spotkania, przy czym zachwycała się pięknem jesieni. I chłodnym powietrzem, które przepływało przez jej płuca, dając jej uczucie świeżości. Choć na dworze było zimno, było jej strasznie gorąco… Więc przyspieszyła kroku by mieć wszystko za sobą.
Po niecałych pięciu minutach dotarła na miejsce i od razu zobaczyła przed sobą Gajeela ubranego w kurtkę, shorty i glany, jak zawsze. Uśmiechał się do niej smutno.
- Cześć-powiedziała- Czyli kończymy…?
Zaskoczony spojrzał na nią i przytaknął.
- Mi się już znudziło, za pewne tobie też… - odparł- Więc po co dalej ciągnąć ?
- Racja- Przytaknęła. –  To żegnaj- powiedziała i odkręciła do niego plecami.
Zaczęła iść przed siebie, jednak zatrzymała się.
- Mam nadzieję, że będziemy przyjaciółmi – powiedziała i odkręciła do niego. Patrzył prosto na nią z zaskoczeniem.
- Tak, będziemy.
Odkręciła się ponownie i zaczęła maszerować w stronę domu. W tym momencie zrobiło jej się zimno, a po jej twarzy zaczęły spływać krople deszczu. Podniosła głowę do góry i w tedy zrozumiała, że to są jej gorzkie łzy.  Wtarła twarz, po czym podeszła do najbliższej ławki i usiadła. Po prostu zaczęła szlochać.
 Po kilku minutach płaczu, usłyszała głos.
- Czemu płaczesz? –spytał nieznajomy.
- Rozstanie boli, nawet te nie prawdziwe…- szepnęła i podniosła głowę do góry. Ku jej zaskoczeniu przed nią stał Gajeel.
- A więc, zależy ci ?- Uśmiechnął się.- Bo…
- Po co tu przyszedłeś by się ze mnie naśmiewać !
- Nie dałaś mi dokończyć. Bo mi tak- odparł i pocałował ją w usta.

~*~

- Człowiek uświadamia sobie wszystko co ważne, gdy jest za późno. Jednak w przypadku głupiego chłopaka, na szczęście tak nie było- powiedział i wytarł jej twarz, która była mokra od łez.
Nadal nie rozumiał tej małej istoty siedzącej o bok niego. Myślał, że nakrzyczy na niego, jak zawsze… jednak po prostu wtuliła się w jego tors i powiedziała.
- Każdy idiota ma szczęście.



  Znalezione obrazy dla zapytania gajeel x levy tumblr

****************************
Nie jest on dosłownie taki jaki chciałaś Hikari, ale zakochują się powoli, a przynajmniej powoli sobie to uświadamiają xd
Więc mam nadzieję, że ci się podoba >.<



piątek, 2 stycznia 2015

Gajeel x Levy dla Nevada chan

Nie wiedział co tu robi...Zajęcia teatralne nie były w jego stylu.
Ale, gdyby tu nie przyszedł zawalił by półrocze.
- Dobrze moi drodzy-zaczęła Mavis- Teraz poznacie sztukę obserwacji. Przez ten tydzień będziecie wcielać się w wylosowaną przez was osobę- odparła, po czym wzięła plastikowe pudełko i zaczęła chodzić z nim po klasie, gdy wreszcie nauczycielka podeszła do niego. Włożył dłoń do pudełka, po czym wyjął z niego kartkę. Rozwinął ją. Uśmiechnął się sam do siebie.
 Miał udawać samego siebie...Przynajmniej to wyjdzie mu na sześć.
Blondynka spojrzała na niego, po czym spytała.
-  O co chodzi Gajeel ?
- Będę udawać samego siebie...-Uśmiechnął się zwycięsko.
- Aaa tak...-zaczęła- Ten kto wylosuje samego siebie, losuje jeszcze raz-odparła, po czym wzięła kartkę chłopaka i wrzuciła do pudełka.
- Losuj jeszcze raz Gajeel...-odparła zniecierpliwiona nauczycielka.
Ponownie wyjął mały kawałek kartki z plastikowego opakowania, po czym go rozwinął.
Levy McGarden. 
Niebiesko-włosa dziewczyna siedząca dwie ławki za nim. Jej włosy były krótkie, a co do tego zawsze je unieruchamiała żółtą bandaną w paski.Zakładała także obcisłą sukienki, żółtą, krótką i on miał przebierać się w takie coś...
- To chyba jakieś żarty-mruknął, po czym podał blondynce kartkę- Chcę losować jeszcze raz.
- Nie ma  zwrotów- odparła, po czym podeszła do ławki za nim.
To jakaś kpina z niego, z całej klasy i to przez tydzień...?! A mógł zawalić te półrocze i nie przyjść na tą cholerną lekcję...

~*~

Od razu po przyjściu do szkoły, w pół do siódmej, ona i Lucy zaczęły się przebierać. Blondynka, jak zawsze była gotowa, jej włosy stały się różowe od specjalnej pianki, a jej szyji było widać szalik, taki sam jaki nosi Natsu. Miała na sobie również sukienkie czarno-różową, podobną do codziennego stroju Natsu.  Heartfilia zabrała się o razu za niebiesko-włosą. Po dobrej godzinie, przynajmniej tak zdawało się dziewczynie. Przejrzała się w lusterku. Jej włosy nadal były rozpuszczone, jednak brakło im bandany, do której tak bardzo była przyzwyczajona. Na jej twarzy było widać z warstwę makijażu. Jej rzęsy stały się długie, a co dopiero pogrubione. Usta były lekko czerwone od szminki, a na jej policzkach widniał puder. Miała na sobie również granatową kamizelkę, która sięgała jej zaledwie do pępka. Od jej bioder zaczynała się czarna spódniczka, była na nią za duża, więc nosiła również czarny pasek. Przypięła do niego znaczek z białą czaszką. Odrobinę wyżej przed jej kolanami dało się zobaczyć czarno-żółte pończochy. Oczywiście na jej małych stopkach widniały czarne glany.
- I tak mnie widzisz w wersji damskiej Gajeela ?- Spojrzała na Lucy lekko zaskoczona.
- Tak-Uśmiechnęła się- Czekaj jeszcze kolczyki.
- Chyba sobie żartujesz, nie będę sobie okaleczała całej twarzy !-wrzasnęła.
- Przykleję cie je do twarzy-odparła zażenowana- Co jestem jakiś przekówacz...-Podeszła do niebiesko- włosej, po czym przykleiła jej do twarzy w sumie dwanaście naklejek.
Levy spojrzała ponownie w lusterko. Była zupełnym swoim przeciwieństwem...
- Dobra Levy chodź bo się na lekcje spóźnimy-odparła, po czym wyszła z przebieralni. Zaczęła kierować się w stronę sali chemicznej.
Niebiesko- włosa szła tuż za nią, gdy przypomniało się jej, że zostawiła w przebieralni telefon. Wróciła się. Przeszła przez próg sali. Zatkało ją kompletnie...W środku był Gajeel, jego włosy były przefarbowane na niebiesko...?!
- Ty durniu, co zrobiłeś z moimi włosami ?!-wrzasnął Redfox, po czym zdzielił różowo-włosego przez łeb.
- To był wypadek...-odparł, po czym złapał się za bolące miejsce.
- Jak można pomylić szamponetkę z farbą do włosów!-wrzasnął, po czym znowu spojrzał w lustro i się skrzywił.
Nie mogła tak, więc się zaśmiała. Chłopak spojrzał na nią, najwidoczniej jego też zadziwił jej wygląd. Natsu wykorzystując sytuację szybko się ulotnił.
- Gdzie pędzisz bałwanie, zmyj mi to z włosów!-Gajeel jeszcze patrzył jak różowo-włosy ucieka. Westchnął ,po czym spojrzał na McGarden.
- Ładnie wyglądasz-odparł, po czym lekko się zarumienił.
- Ty również-Zaśmiała się.
Podeszła do skrzynki z kostiumami, tam powinien być jej smartpohn. Jednak go nie znalazła.
- Gajeel nie widziałeś tu telefonu ?-spytała, po czym odkręciła się w stronę chłopaka.
Zauważyła uśmiech na jego twarzy, a jego wzrok patrzył wprost na wyświetlacz jej komórki. Wzdrygła się. Jej tapetą był Gajeel...ale wtopa.
Chłopak spojrzał  na nią, po  czym posłał jej uwodzicielski uśmiech, Z tymi niebieskimi włosami wyglądał śmiesznie, ale to był jednak Gajeel. Wstał, podszedł do niej.
- To twoje ?-spytał.
Przytaknęła cała czerwona.
- A chcesz go z powrotem ?
- Tak
- To weź go sobie-Podłożył je telefon blisko dłoni, gdy chciała po niego sięgnąć szybko pociągnął rękę do siebie, a  Levy wpadła w jego ramiona. Wykorzystując sytuację, pocałował ją. Nie miał nic do stracenia, miał niebieskie włosy...Pocałował ją jeszcze raz, gdy spojrzał na jej twarz już nie była czerwona. Był na niej szeroki uśmiech.



***************************************
I jak ? :3
Mam nadzieję, że się podobało :D
No to mój pierwszy post w tym roku :)
Jak minął wam Sylwester ? :3
Tyle pytań XD

środa, 24 grudnia 2014

Mirajane x Erza cz.2

!!!ŻYCZENIA OD EKIPY POST WCZEŚNIEJ!!!
Lyon wykręcił numer swojego najlepszego przyjaciela, po czym przyłożył telefon do ucha. Usiadł na ławce w parku i czekał na odebranie połączenia. Z daleka widział Chelię, która kupowała jakieś niezdrowe jedzenie w budce z kebabem.
- Halo?- rozległ się głos po drugiej stronie.
- No witaj, synu marnotrawny! - przywitał się Vasta, przyglądając się Chelii. Była zbyt niska, więc sprzedawca musiał się bardzo starać, aby podać jej jedzenie. W końcu zrezygnował, wyszedł ze swojej budki i wręczył jej zamówienie. Blendy była jednocześnie wściekła i zawstydzona, ale z godnością wzięła jedzenie.
- Nie chcę prezentu, dzięki.
- Ja nie w tej sprawie. Jestem na tyle zdrowy na umyśle, że nie nic ci nie kupuję - odparł zgryźliwie Lyon, uśmiechając się pod nosem. Kebab Chelii upadł na ziemię. Dziewczyna się wściekła i zaczęła kłócić się z niewinnym sprzedawcą. - Słyszałem, że dzieci ci się urodziły.
- Tak właśnie myślałem, że dzwonisz w tej sprawie. Dajcie mi święty spokój! 
- A twój ojciec? - powiedział Lyon poważniej. Gray powstrzymał się od zakończenia rozmowy i westchnął cicho pod nosem.
- O co ci znowu chodzi?
- Zachowujesz się jak twój ojciec - wytłumaczył Lyon. Sprzedawca wrócił do budki i zrobił nowe kebaby, po czym podał je Chelii. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i zapłaciła bardzo z siebie zadowolona. Blendy naprawdę go czasem zadziwiała. Niewinny wygląd, diabeł w środku. To prawdziwe szczęście mieć ją przy sobie. - Jakie miałeś o nim zdanie, gdy was zostawił? Powiedziałeś mi kiedyś, że dzieci to nie zabawki. 
- Możliwe, ale to było dawno. Teraz go rozumiem. Tak czy inaczej, dzięki za telefon. Wesołych, Lyon.
- Tak, wesołych - pożegnał się Vasta, po czym zakończył połączenie. Miał nadzieję, że przemówił mu do rozumu. Może coś do niego dotarło. Chelia usiadła obok Lyona, po czym podała mu kebab. Spojrzała na jego ponurą minę.
- Dzwoniłeś do niego? - spytała po chwili milczenia. Vasta kiwnął głową zabierając się za jedzenie. Blendy spojrzała na niego zniecierpliwiona, oczekując więcej informacji. Lyon najwyraźniej nie spieszył się z rozwinięciem swojej wypowiedzi, więc dziewczyna postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. - Odwiedzi Juvię czy nie?
- Nie wiem. Nie powiedział nic dokładnie - odparł Vasta krótko. Chelia westchnęła i opadła na oparcie ławki. Ręce wsadziła do kieszeni, a nos przykryła szalikiem. Wiedziała, o czym myślał Lyon. Mogła mu doradzić albo dobrze, albo źle, innym wyborem było milczenie.
- Idź do niej wieczorem. Daj jej kwiaty, jakieś badziewie, które lubią kobiety i powiedz, że ją kochasz i że chcesz wychowywać jej dzieci albo coś w tym stylu - odezwała się po kilku minutach Chelia z ponurą miną. Niech przynajmniej on będzie szczęśliwy. Lyon spojrzał na nią zaskoczony. Zamilkł, jedząc w spokoju swojego kebaba.
- A ty co będziesz robić na wigilię sama? - spytał po zastanowieniu. Blendy prychnęła, po czym spojrzała na Lyona z oburzeniem.
- Mam rodzinę, nie bój się. Pójdę do Sherry - mruknęła pod nosem. Nigdy w życiu nie chciałaby spędzać z nią świąt.
- Czy to nie aby z nią kłóciłaś się przez telefon? - bardziej stwierdził niż spytał Lyon z rozbawieniem. Chelia odwróciła wzrok, próbując coś wymyślić.
- Nieszkodliwa sprzeczka - odparła po chwili, wzruszając ramionami. Tak naprawdę była to kłótnia o pieniądze i spadek rodziców, bardzo poważna. Ale przecież on nie musiał o tym wiedzieć. Vasta zmarszczył brwi, ale nie chciało mu się już z nią kłócić.
Nie wracali już do tego tematu. Rozmawiali o czymś innym, o czymś weselszym i o wiele przyjemniejszym w słuchaniu.


- Wyjeżdżamy na święta - oświadczył Sting niezwykle ucieszony, pokazując przyjacielowi dwa bilety na samolot. Rogue odstawił kubek z kawą i spojrzał na kawałki papieru z niedowierzaniem, po czym przeniósł swój wzrok na blondyna.
- Może jaśniej?
- Ja i Yukino! Cholera, chłopie, mówiłem ci to miesiąc wcześniej! - powiedział zirytowany Sting, chowając bilety do kieszeni. Rogue nigdy nie słuchał, co się do niego mówiło.
- Nie zapisuję wszystkiego co mówisz - burknął chłopak. Rogue spochmurniał na wieść o wyjeździe swoich dwóch najlepszych przyjaciół. Tylko z nimi mógł wytrzymać bez nerwicy i tolerował nawet  ich miłosne rzeczy. - Zostaję sam na święta. Świetnie!
- Jesteś zły?
- Nie, jestem wprost podekscytowany waszym wyjazdem i samotną wigilią! - syknął zirytowany Rogue, po czym zamilkł. Wiedział, że nic nie poradzi na ich decyzję, ale tak bardzo go to denerwowało. W sumie mógłby ukraść te bilety i wtedy by nie pojechali, ale czy jest w tym jakikolwiek sens? Jeśliby zostali, musiałby słuchać ich ciągłych narzekać przez całe święta, a wtedy popełniłby z pewnością jakieś morderstwo.
- Dobra, trudno. Kiedy jedziecie? - spytał trochę spokojniej, bo Sting spoglądał na niego z niepokojem.
- Dzisiaj pociągiem do siostry Yukino - odpowiedział radośnie blondyn. Sting bardzo lubił siostrę Yukino, Yurę. Znał ją dłużej niż swoją własną dziewczynę. Chodzili razem do podstawówki, potem do gimnazjum i liceum. On i Yura byli przyjaciółmi, a nie widział jej już od kilku dobrych lat.
- No to baw się dobrze. Ja kupię chipsy i whisky i będę płakać w samotności przed telewizorem, oglądając jakieś durne filmy świąteczne - mruknął pod nosem Rogue, biorąc łyk kawy. Sting uśmiechnął się rozbawiony, po czym westchnął.
- Napiszę do jakiegoś świętego list, żeby ci dziewczynę zesłał. Najwyższy czas.
- Żaden święty nie może sprawić, żeby aż taki cud się stał. Bądź realistą, Sting. Dziewczyny i ja to po prostu niebo i ziemia, tylko że bez horyzontu.
- Zaprawdę homeryckie porównanie, mój druhu! - powiedział uśmiechnięty Sting, co zirytowało Rogue'e jeszcze bardziej. Nie chcąc widzieć już jego uradowanej gęby, chłopak wyprosił blondyna z domu i życzył mu koszmarnej podróży.

Mira spojrzała do książki kucharskiej, po czym przeniosła swój wzrok na zrobioną przez siebie potrawę. Wykonała tę czynność kilka razy i westchnęła. Czemu jej twór w ogóle nie przypominał tego zdjęcia w książce? Był jakiś taki niebieski i dziwnie pachniał.
Mira wzięła łyżkę i dotknęła bąbla, który pojawił się na potrawie. Bąbel pękł, uwalniając śmierdzące opary. Dziewczyna zatkała nos, po czym chochlą zaczepiła o inne miejsce na jedzeniu. Potrawa, zupełnie jak galareta, którą właściwie była, zaczęła się gibać. Mira spojrzała z zamyślonym wyrazem twarzy na swój twór i zastanowiła się przez chwilę.
Jak z barszczu, który miała zrobić, mogła wyjść jej niebieska galareta o dziwnym zapachu? Czyżby pomyliła składniki? A może czegoś nie dodała? A może jednak jest debilem kulinarnym, ale nie chce się do tego przyznać?
- Miałaś zrobić cholerny barszcz! Zupę! Najprostszą jaką można zrobić! - wykrzyknęła załamana Lisanna, widząc swoją siostrę, która naprawdę wierzyła, że popełniła tylko malutki błąd. Mira prychnęła i wzruszyła ramionami.
- Może jestem zbyt inteligentna na zupy? Może powinnam się zająć indykami albo coś? - spytała sama siebie Strauss, zastanawiając się nad tym na poważnie.
- Pamiętasz, że kiedy ostatnio przygotowywałaś indyka to ci nie wyszedł? - zaoponowała Lisanna. Tak było co roku, a Mira musiała się uprzeć przy swoim.
- Może troszeczkę - zgodziła się pośrednio starsza Strauss, pochmurniejąc.
- TROSZECZKĘ?! Indyk był martwy, ale coś się w nim ruszać zaczęło! - wykrzyknęła zniecierpliwiona Lisanna, próbując opanować złość. Nie mogła siostry uderzyć w kuchni, bo taką miały umowę na czas świąt. Kuchnia to miejsce pokoju i nie należy jej kajać.
Mira skrzywiła się na same wspomnienie i westchnęła.
- Może idź lepiej poszukać prezentu dla Erzy? - zaproponowała spokojniejsza młodsza Strauss, uśmiechając się lekko. Mira pokiwała głową, po czym opuściła kuchnię. Już kilka minut później była gotowa. Wyszła z domu, słysząc jeszcze wesoły śpiew Lisanny, która rozpoczęła przygotowania do gotowania. Mira prychnęła pod nosem.

Godzina 20.00, dom Lisanny i Miry...
Mirajane zanosiła jedzenie na stół, a Lisanna robiła jeszcze ostatnie potrzebne rzeczy w kuchni, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Młodsza Strauss posłała porozumiewawcze spojrzenie siostrze, która szybko odłożyła trzymaną w rękach potrawę na stół, po czym pobiegła otworzyć drzwi.
Levy uśmiechnęła się szeroko i zawołała " Wesołych Świąt ", po czym uścisnęła Mirę. Za nią podążała Lucy, która również przywitała się z Mirą, a dalej znajdowała się Erza. Starsza Strauss spojrzała na nią z nienawiścią, co odwzajemniała Scarlet.
Erza westchnęła.
- Rozejm na święta? - spytała zrezygnowana. Mira kiwnęła głową, widząc ukradkowe spojrzenia reszty bywalców. Uścisnęły sobie dłonie. Erza uśmiechnęła się słabo, po czym weszła do środka. Strauss zamknęła drzwi i zaprosiła gości do stołu. Nikt nie wiedział, gdzie powinien usiąść, chociaż każdy upatrzył już sobie miejsce. Wszyscy zaczęli się przepychać i popychać oraz przewracać, ale nikt na to nie zwrócił za bardzo uwagi.
W końcu ludzie usiedli, co prawda trochę poobijani i potłuczeni, ale dumni z siebie i ze swojego miejsca, o które dzielnie walczyli.
- To co ludzie, prezenty? - spytała Lisanna, kiedy jedzenie zniknęło ze stołu. Spojrzała na zegar, na którym wybiła już godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści. Goście pokiwali głową, rozradowani i podekscytowani. - Chodźmy do salonu, tam jest więcej miejsca.
Wszyscy poderwali się ze swoich miejsc i pobiegli do wspomnianego pomieszczenia, aby zająć jak najlepsze miejsca. Kiedy wszyscy już usiedli, przy okazji kłócąc się kilka minut, Lisanna zaczęła rozdawać prezenty.
Levy dostała szczeniaczka. Żywe zwierzę, obwiązane kokardką.
- Ale... ale co... ale jak... co? - mówiła zaskoczona Mcgarden, trzymając w rękach uroczego pieska. Na kokardce była karteczka z przypisem od Juvii. Levy westchnęła. Nie miała już siły na pomysły Loxer. - Boże, co ja z nim zrobię!
- Zjesz - podsunęła Lucy. Wszyscy spojrzeli na nią z dezaprobatą. Blondynka wzruszyła ramionami i poczęstowała się ciasteczkiem. Nie widziała w tym nic dziwnego. W Chinach jedzą psy, więc czemu wszyscy się tak oburzają?
Lisanna wzięła następny prezent i z miną pełną ekscytacji wręczyła go Erzie. Scarlet wzięła pakunek do rąk z wielkim wahaniem i strachem. Zaczęła go rozpakowywać, bywalcy wstrzymali oddechy. Już chwilę potem na twarzy Erzy pojawił się szeroki uśmiech i szczęście. Wstała, podeszła do Miry, po czym uścisnęła ją najmocniej jak potrafiła. Zaskoczona Strauss stała jak wryta czekając, aż Scarlet się od niej odklei. Erza oderwała się od Miry szybko i zarumieniona usiadła na swoim miejscu i podziękowała, udając, że nic się nie stało. Wzięła miecz, który właśnie dostała i zaczęła go oglądać.
- A to dla ciebie - powiedziała Lisanna, wręczając Mirze prezent, który przygotowała Erza. Strauss odebrała pakunek. Były to dwa bilety na koncert jej ulubionego artysty.
- Przecież... te bilety są bardzo drogie - powiedziała szczęśliwa, ale zmieszana. Scarlet wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko. Lisanna klasnęła uradowana w dłonie, po czym wyciągnęła ostatni pakunek spod choinki, który był dla niej. Prezentem okazał się album zdjęciowy, na który dziewczyna czyhała już kilka tygodni, bo czekała na przecenę. Podziękowała Lucy, która zdziwiona zerknęła w stronę choinki. Nic już pod nią nie stało.
- Twój prezent nie jest tutaj - uśmiechnęła się Lisanna zagadkowo, po czym nakazała Lucy się ubrać. Blondynka spojrzała na resztę, ale nikt nie wiedział, o co może chodzić. Heartfilia wstała, po czym zaczęła się ubierać. Kiedy była gotowa, ona i Lisanna wyszły.

Godzina 21.30, szpital...
Lyon stał przed wejściem do pokoju Juvii. Obserwował ją przez szybę, jak mówiła do swoich dzieci. Vasta w prawej ręce trzymał bukiet kwiatów. Zastanawiał się, czy był to dobry pomysł. Może nie będzie chciała go widzieć? Wyśmieje go i wygoni? Ryzykować czy nie? Nie, nie mógł teraz zrezygnować. Wziął głęboki wdech i już chciał wejść, gdy zobaczył Graya idące korytarzem. Powstrzymał się i zaczekał na przyjaciela.
- Hej, Lyon - przywitał się Gray, zerkając przez szybę na matkę swoich dzieci. Uśmiechnął się pod nosem, widząc jej uradowaną twarz. - Zamierzasz do niej iść?
- Nie, to nie jest dla niej, mam tu babcię - odpowiedział Vasta bez zająknięcia. Fullbuster uśmiechnął się i pokręcił z politowaniem głową.
- Chciałem zobaczyć tylko ją i moje dzieci. Nie mogę uwierzyć, że jestem ojcem. To takie miłe, ale obce uczucie - powiedział po chwili milczenia. Lyon spojrzał na niego i zrozumiał. Jego przyjaciel po prostu się zagubił. Trzeba go po prostu naprowadzić na właściwą ścieżkę.
- Idź do niej - powiedział Vasta, dając Fullbusterowi kwiaty. Gray spojrzał na niego zaskoczony. Opierał się, już chciał zwrócić otrzymane przedmioty, ale Lyon stanowczo zaprzeczył. - To jest twoja rodzina. Błagaj ją, żeby ci wybaczyła. To cudowna kobieta, nie zostawiaj jej.
Vasta uśmiechnął się szeroko. Przytulił Graya i poklepał go po plecach, po czym się odsunął. Fullbuster podziękował, nieco zdezorientowany.
- A twoja babcia? - spytał. Lyon uśmiechnął się pod nosem, mając przed oczami obraz Chelii.
- Ona nie potrzebuje takich rzeczy - odpowiedział Vasta niezwykle zadowolony. Spojrzał na Graya i rozkazał wu wejść do pokoju. Fullbuster przekroczył próg pomieszczenia. Juvia spojrzała na niego zaskoczona, ale można było zobaczyć w jej oczach złość. Gray uklęknął przed nią z bukietem kwiatów.
- Wyjdziesz za mnie? - spytał. Juvia była kompletnie zbita z tropu. Spojrzała na niego z mieszaniną uczuć. Zacisnęła usta w wąską linię i spuściła wzrok. - Nie mam pierścionka, bo nawet nie wiedziałem, że chcę to zrobić.
- Więc jak na to wpadłeś? - spytała drżącym głosem, aby nie odszedł zbyt szybko. Chciała z nim zostać, ale nie mogła tak łatwo się zgodzić.
- Anioł mi podpowiedział - odparł Gray, sam zaskoczony tym, co mówił. - Znasz tego anioła.
Juvia spojrzała na niego ze wzruszeniem, ale nic nie powiedziała. Utkwiła swój wzrok w swoich dzieciach i rozmyślała. Dzieci muszą mieć ojca.
- A dzieci? Nawet ich nie dotknąłeś, gdy przyszedłeś.
- Nie zasługuję, żeby to zrobić. Tylko żona może mi na to pozwolić.
Juvia milczała. Nie wiedziała co ma powiedzieć, jak się zachować, jak zdecydować. Była w rozsypce, miała bałagan w głowie, który chciała uporządkować, ale nie potrafiła.
- Wiem, jakie miałaś o mnie zdanie. I nie dziwię ci się. Byłem, w sumie nadal jestem bucem, idiotą, niewdzięcznikiem i nie zasługuję na miano mężczyzny, a tym bardziej ojca, ale daj mi szansę. Jeśli zawiodę cię jeszcze raz, już nigdy nie będę ci się narzucać.
- Dzieci muszą mieć ojca - odparł drżącym głosem Juvia, uśmiechając się do Graya. Loxer wskazała na swój policzek. Gray poderwał się z miejsca i pocałował Loxer w usta, po czym przytulił ją najmocniej i najdłużej jak potrafił. Wziął do rąk swoje dzieci i uśmiechnął się do nich. Lyon widział, jak jego przyjaciel płakał, a Juvia się śmiała. Te święta nie są takie złe, jak myślałem, że będą, pomyślał Vasta. Uśmiechnął się pod nosem, po czym odszedł. Też miał do załatwienia kilka spraw.

- Możesz otworzyć oczy! - zawołała radośnie Lisanna, gdy doszły na miejsce. Lucy uchyliła powieki. Stały przy wielkiej choince, która postawiona była w centrum miasta. Spojrzała z niezrozumieniem na Lisannę, która uśmiechała się do niej bardzo szczęśliwa. Strauss wskazała na osobę, której blondynka wcześniej nie zauważyła.
- Cześć, Lucy - przywitał się Natsu. Chłopak podszedł do dziewczyn i uśmiechnął się zmieszany. Heartfilia spojrzała zaskoczona na Lisannę.
- Zerwaliśmy całkiem niedawno. Myślę, że Natsu powinien ci coś wyjaśnić - wytłumaczyła Strauss. Dragneel przytaknął i złapał rękę Lucy.
- Dasz się zaprosić na kawę? Albo cokolwiek? - spytał. Był bardzo niespokojny. Nie wiedział, czy Lucy będzie chciała z nim rozmawiać, czy go wysłucha. Heartfilia milczała przez chwilę i wpatrywała się zaskoczona w chłopaka, ale kiwnęła głową. Podziękowała jeszcze Lisannie, po czym razem z Natsu odeszli.
Strauss stała jeszcze obok choinki i obserwowała, jak jej przyjaciele odchodzą. Pasowali do siebie. Miała nadzieję, że coś między nimi naprawiła. Westchnęła i spojrzała w niebo. Z góry padał śnieg. Uśmiechnęła się pod nosem i skierowała się w kierunku domu. Nagle zadzwoniła jej komórka. Odebrała telefon i wysłuchała monologu siostry. Pokiwała kilka razy głową, po czym się rozłączyła. Po drodze weszła do sklepu spożywczego i udała się do działu soków.
- Jaki ona chciała? Jabłkowy? Nie, Levy jest uczulona - mruknęła pod nosem, patrząc na opakowania soków i ich ceny. Wzięła pierwszy lepszy karton płynu, po czym pomknęła do kasy. Zapłaciła bardzo " miłej " sprzedawczyni, po czym opuściła sklep. Nagle wpadła na jakiegoś chłopaka i upuściła reklamówkę.
- Przepraszam, nie zauważyłem - powiedział obcy mężczyzna, podnosząc z ziemi karton soku. Podał go Lisannie, która wpatrywała się w przybysza jak zaczarowana.
- N-nie, nic się nie stało... - powiedziała zmieszana, odbierając swoje rzeczy od mężczyzny.
Rogue uznał, że dziewczyna, którą właśnie spotkał, wydaje się całkiem urocza. Uśmiechnął się lekko.
- Jak masz na imię? - spytał najmilej jak potrafił.
- Lisanna - odpowiedziała białowłosa zarumieniona.
- Ja jestem Rogue. Jesteś dzisiaj wolna? - spytał natychmiast, zanim dziewczyna zdążyła uciec. Lisanna spojrzała na niego zdziwiona.
- Właściwie mam wigilię... - odpowiedziała po zastanowieniu, ale widząc pochmurną minę Rogue'a, szybko dodała: - Ale chętnie gdzieś z tobą dzisiaj pójdę! I tak nie lubię mojej rodziny! - uśmiechnęła się. Chłopak rozweselił się.
- Chodźmy więc - powiedział. Wziął dziewczynę pod ramię i razem ruszyli w kierunku centrum miasta, wesoło rozmawiając.

- No i gdzie ona jest? - spytała samą siebie Mira, spoglądając ze złością na komórkę. Levy próbowała ją uspokoić, ale Strauss stawała się jeszcze bardziej wściekła.
- Może spotkała jakiegoś faceta i poszła z nim na kawę? - zaproponowała Erza, popijając herbatę. Mira pokręciła głową z powątpiewaniem.
Nagle komórka Levy zadzwoniła. Dziewczyna odebrała połączenia. Przez chwilę rozmawiała z osobą po drugiej stronie, po czym pożegnała się i rozłączyła.
- Muszę iść do rodziny - oświadczyła zdziwionej Mirze. Strauss spochmurniała, obrazując swoją złość tupnięciem nogą. Erza uniosła brwi do góry rozbawiona, ale nie powiedziała ani słowa, a Levy uśmiechnęła się przepraszająco. Zaczęła się ubierać i już po chwili była gotowa. Pożegnała się, po czym wyszła.
Mira włączyła telewizor i zaczęła przełączać kanały. Erza usiadła obok Strauss ze swoją herbatą i ciastkami, próbując wytłumaczyć Mirze, że w taki sposób nic nie pooglądają.
- Dzięki za prezent - powiedziała nagle Scarlet.
- Nie ma problemu. Chociaż nie spodziewałam się takiego wybuchu uczuć z twojej strony - odparła złośliwe Mira, na co Erza się zarumieniła. Prychnęła, ale nie zaprzeczyła.
- Dzięki za bilety. Musiały być bardzo drogie - odezwała się Mira po kilku minutach milczenia. Erza kiwnęła głową. - Ale czemu dwa?
- Hm? A, tak było w zestawie - odpowiedziała Erza, zajadając się ciastkami. Spojrzała na Mirę, która wpatrywała się w nią, oczekując wyjaśnień. - No wiesz, wraz z wielką bombonierką i resztą słodyczy.
- A ty mi dałaś tylko bilety? - bardziej stwierdziła niż spytała Mira. Erza spojrzała na Strauss z niedowierzaniem.
- Mogę ci to zaraz zabrać! - syknęła Scarlet. Mira wzruszyła ramionami, wręczając Erzie jeden bilet. Dziewczyna spojrzała na kawałek papieru i zrozumiała. - Zapraszasz mnie na koncert?
- I tak nie mam z kim iść - odparła obojętnie Mira, przełączając kanały. Erza uśmiechnęła się pod nosem, co dostrzegła Strauss.
- Masz bardzo ładny uśmiech - skomentowała Mira. Scarlet oblała się rumieńcem, spuszczając wzrok. Strauss dotknęła policzka Erzy.
- Naprawdę jesteś rozpalona - stwierdziła Mira, przybliżając swoją twarz do twarzy Scarlet. Erza podniosła wzrok i teraz patrzyły sobie w oczy. Strauss uśmiechnęła się rozbawiona. - Całowałaś kiedyś dziewczynę?
- Nie i nie zamierzam - odpowiedziała szybko Erza, próbując się odsunąć, ale Mira złapała twarz dziewczyny dwoma rękami i nie chciała jej puścić. Pocałowała Scarlet mocno i namiętnie. Na początku Erza próbowała protestować, ale potem całkowicie poddała się przyjemności. W końcu dziewczyny oderwały się od siebie.
- Jestem NAPRAWDĘ rozpalona, Erza - powiedziała Mira. Twarze Scarlet i Strauss wciąż dzieliła niewielka odległość. Mira spojrzała na dekolt swojej towarzyszki i uśmiechnęła się lubieżnie. Poderwała się z kanapy, po czym wzięła Erzę na ręce.
- Co ty robisz?! - zawołała przestraszona Scarlet, próbując się wyrwać.
- Idziemy uprawiać seks! - odpowiedziała dziarsko Mira, kierując się w stronę sypialni. - Zerżnę cię tak, że nie będziesz się mogła ruszać! - powiedziała Strauss, patrząc Erzie głęboko w oczy, po czym pocałowała ją i ze Scarlet w rękach weszła do sypialni.

- Mama! - zawołał mały chłopczyk i podbiegł do Levy. Mcgarden przytuliła swojego syna, po czym pocałowała go w czoło. Wzięła chłopczyka za rączkę i oboje skierowali się w stronę auta. Obok pojazdu stał okolczykowany mężczyzna o czarnych włosach wraz z niebieskowłosą dziewczynką. Levy podeszła do Gajeela i pocałowała go w usta.
- Witaj, Ginra - przywitała się z dziewczynką. Ginra przytuliła mamę, ale była zła.
- Miałaś przyjść wcześniej - powiedziała obrażona dziewczynka. Levy uśmiechnęła się przepraszająco. Chłopiec podszedł do Gajeela i zaczął ciągnąć go za kurtkę.
- Obiecałeś, tato! Miałeś mnie rzucić w powietrze!
- Tylko nie krzycz, Luki - zażądał zrezygnowany Gajeel, biorąc syna na ręce. Luki pokiwał głową z radością. Gajeel  podrzucił go do góry kilka razy, po czym postawił chłopca na ziemi. Po kilku minutach sprzeczek, cała rodzina wsiadła do auta.
- Zapięliście pasy? - spytała Levy, a dzieci kiwnęły głowami. - No to jedziemy! - zawołała Mcgarden i uderzyła swojego męża w plecy. Gajeel spojrzał na swoją żoną z dezaprobatą, ale widząc jej entuzjazm, uśmiechnął się i uruchomił auto. Pojazd ruszył w kierunku gór.

sobota, 6 grudnia 2014

Mirajane x Erza dla Hiro cz.1

Święta nadchodzą, więc specjalnie dla Hiro one-shot świąteczny. Mam nadzieję, że się spodoba.
Jest tutaj dosyć dużo paringów, nie potrafiłam się powstrzymać.
***
Mirajane zerknęła do świątecznego katalogu i zaczęła przeglądać promocje na jakieś nowoczesne bajery, które nie podobały jej się ani trochę. Nie wiedziała w ogóle, po co ludzie to robią. Chodzą do sklepów, z zachwytem oglądają świąteczne wystawy, cieszą się jak nienormalni ze śniegu, przyozdabiają dom. Westchnęła, rzuciła gazetkę gdzieś w kąt i włączyła telewizor. Na każdym kanale to samo. Jak nie świąteczne reklamy i te wkurzające piosenki, to jakiś inny film o Świętym Mikołaju albo Wigilii.
-  Wigilia nadchodzi! Chcesz czuć się dobrze i równie świetnie wyglądać? Nie ma problemu! Kup nasz szampon już dziś i pochwal się rodzinie!
Mirajane zmarszczyła brwi. Nawet płyn do włosów ma własną reklamę świąteczną. Świat schodzi na psy.
- Najlepszego, siostra! - wykrzyknęła Lisanna i przytuliła Mirajane od tyłu. Strasza Strauss jęknęła, ale nie zamierzała się wyrywać. Uścisk jej siostry był okropnie i boleśnie mocny, bo Lisanna uprawiała kiedyś wrestling. - Jak się dzisiaj czujesz?
- Równie dobrze co na pogrzebie dziadka rok temu - odpowiedziała Mira, kiedy młodsza Strauss uwolniła ją ze swojego stalowego uścisku.
- Ach, jakaś ty zabawna! - wykrzyknęła Lisanna, ze słodkim uśmiechem uderzając swoją starszą siostrę w głowę. Mirajane spadła z kanapy pod wpływem tak mocnego ciosu i przez kilka sekund trzymała się za bolące miejsce. - Coś się stało, Mira?
- N-nie, wszystko w porządku - wyjąkała przerażona Mirajane. Starała się wyglądać naturalnie, więc wstała z podłogi i wróciła na kanapę z gorszym nastroju niż zwykle. Wzięła pilot do ręki i z niewiarygodną szybkością zaczęła przełączać kanały.
- Nie mieszaj do świąt dziadka. On bardzo lubił święta!
- Tak właściwie, to sam przyznał, że ich nienawidzi - odparła Mira, przypominając sobie ostatnie słowa ich krewnego. Napisał nawet w testamencie, że przekazuje nienawiść do tego święta swoim wnukom i dzieciom.
- Naprawdę? Nic takiego nie pamiętam - stwierdziła Lisanna z przerażającą miną. Wciąż się uśmiechała, ale jej dłonie zacisnęły się w pięści, co młodsza Strauss wyraźnie pokazała swojej siostrze.
- Aaa... faktycznie, musiało mi się coś pomylić! - powiedziała szybko Mirajane, aby uniknąć kolejnego świątecznego pobicia. Lisanna kiwnęła głową, pochwaliła swoją siostrę, że potrafi się przyznać do błędu i opuściła salon.
- Ej, ej, ona jest naprawdę straszna - mruknęła pod nosem Mira, kiedy Lisanna wyszła. Zaklęła pod nosem. Co roku była zmuszana do celebrowania tego święta i miała już dość, ale z taką siostrą przy boku nie widziała żadnego rozsądnego wyjścia.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Mirajane spojrzała zdziwiona na zegar. Była dopiero ósma rano. Kto przychodziłby o tej porze w odwiedziny? Starsza Strauss wstała i podeszła do drzwi, po czym otworzyła je.Dziewczynie zrzedła mina. No tak, kogo innego mogłaby się spodziewać w święta o tej nieludzkiej godzinie?
- Mirajane! Wigilia! Choinka! Jedzenie! - zawołała zdyszana Juvia z zapałem w oczach. Loxer była cała czerwona na twarzy i najwyraźniej zmęczona, bo ciężko oddychała. Mira zmarszczyła brwi i już miała zamknąć drzwi, gdy Juvia brutalnie wepchnęła się do środka. - Nie chciałaś mnie wpuścić, co?! Jesteś okrutna, okrutna! Są święta, bądź bardziej ludzka! - wykrzyknęła oburzona Juvia, leżąc na podłodze. Mira westchnęła i zamknęła drzwi.
W tym czasie Loxer zdążyła już wstać, zdjąć kurtkę oraz buty i rzucić je na podłogę. Wielką torbę, którą ze sobą wzięła, położyła obok kanapy i rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Mogłabyś posprzątać - zwróciła uwagę Mira, nie zamierzając schylać się po rozrzucone rzeczy Juvii. Dziewczyna prychnęła
- Niezależna kobieta nie musi sprzątać! - powiedziała dumnie Juvia, przyjmując zwycięską pozę.
- Zaczynasz mnie denerwować.
- Tak czy inaczej, gdzie jest choinka? - spytała Loxer, wskazując na miejsce, w którym obowiązkowo według niej miało stać drzewko.
- Jeszcze nie kupiłyśmy - odpowiedziała Mirajane i mimo swoich wcześniejszych postanowień podniosła ubrania Juvii. Nie spodziewała się, że taka mała kurtka może pomieścić tyle ilości wody. Strauss westchnęła na widok mokrej podłogi, na której się potem poślizgnęła. Przeklęła pod nosem Juvię i jej pomysły, po czym próbowała wstać.
- Ale dzisiaj jest wigilia! No wiecie co... - skomentowała z rozczarowaniem Loxer i pokręciła z politowaniem głową. Mira zaczynała być naprawdę zirytowana. - Na szczęście wszystkich, przyniosłam własną choinkę! - wykrzyknęła z dumą Juvia i uniosła kciuk do góry. Podeszła do okna, otworzyła je, po czym zaczęła wnosić drzewko do środka.
- Ej, czekaj! Jesteś w ciąży, ja to zrobię!
- Niezależna kobieta! - powiedziała Juvia, nie zwracając uwagi na zestresowaną i przerażoną Mirę. Robiła swoje, bo sobie tak postanowiła.
Mira westchnęła, ale nie skomentowała. Po dłuższych problemach z ubraniami Juvii, położyła je po prostu na kaloryferze i usiadła na kanapie.
Loxer zdążyła już wtargać choinkę do środka i ustawić ją na odpowiednim miejscu. Przy okazji wniosła do domu mnóstwo śniegu, który szybko się topił, ale Juvii to najwyraźniej nie przeszkadzało. Zaczęła wieszać ozdoby i inne dziwne rzeczy tak, że choinka wyglądała co najmniej koszmarnie, ale Mirajane nie chciała się już kłócić.
Chwilę później przyszła Lisanna z tacą ciasteczek, które położyła na stoliku do kawy.
- Miło cię widzieć, Juvia - przywitała się dziewczyna, zapraszając ją gestem ręki na kanapę. Loxer uśmiechnęła się uradowana, po czym zajęła miejsce obok Miry. - Około godziny dwudziestej przyjdzie Lucy, Levy oraz Erza. Trzeba ustalić, kto komu kupuje prezent.
- Nominuję Mirę na prezent dla Erzy! - powiedziała natychmiast uradowana Loxer, wpychając sobie do ust kilka ciastek. Starsza Strauss spojrzała na Juvię z niedowierzaniem. Lisanna najwyraźniej popierała pomysł Loxer, co bardzo nie spodobało się starszej Strauss. Od kilku już lat, wręcz od ich pierwszego spotkania w firmie, Mira i Erza nienawidziły się najbardziej na świecie. Dogryzały sobie, walczyły, uwielbiały patrzeć na niepowodzenia i nieszczęścia swojej rywalki. Co roku wszyscy chcieli je pogodzić, niestety z marnym skutkiem. Mira czuła się zdradzona. Chyba mogła mieć jakiegoś człowieka, za którym nie przepada? Nie musi uśmiechać się do wszystkich i się im podlizywać. Nie jest tym typem człowieka.
- Ile razy mam wam powtarzać...
- Świetnie! A więc Mira i Erza. Tylko kup jej coś porządnego, dobra? Są święta - zwróciła jej uwagę Lisanna, po czym zapisała coś w swoim notesie. - Ja i Levy...
- Czekaj, czekaj, Lisa! W zeszłym roku przygotowywałaś prezent dla Levy. Teraz moja kolej - przerwała jej Juvia z oburzeniem na twarzy. Młodsza Strauss spojrzała zaskoczona na Loxer, po czym zastanowiła się przez chwilę. Mina jej zrzedła, ale uśmiechnęła się krzywo.
- Naprawdę? Ach tak, możliwe. Masz rację. Więc ja i Levy... - kontynuowała Lisanna, ignorując wcześniejszą uwagę Juvii.
- Ej, ej, słuchałaś mnie? - na czole Loxer zaczęła pulsować żyłka. Wyrwała młodszej Strauss notatnik z ręki i wpisała tam parę rzeczy. - W tym roku kupujesz prezent dla Lucy - zadecydowała, nie chcąc słuchać żadnego sprzeciwu. Oddała notatnik Lisannie i z dumą wzięła następne ciastko, którym zakrztusiła się po kilku sekundach. Wstała z kanapy i pobiegła do kuchni po szklankę wody.
- Widzisz? Mnie też tak zmuszacie. Okropne uczucie, co? - powiedziała Mira, uśmiechając się z mściwą satysfakcją. Zerknęła na Lisannę, która wpatrywała się pusto w notatnik i zapisane tam imiona. Mirajane westchnęła, po czym wróciła do przełączania kanałów.
Lisanna była w związku z Natsu, którego kochała Lucy. Kiedyś wyznała mu swoje uczucia, ale on je odrzucił, a kilka miesięcy później zaczął chodzić z młodszą Staruss. Lucy poczuła się skrzywdzona i zraniona, ale nie powiedziała nic. Już wcześniej przyjaźniła się z Lisanną, ale ta nie wiedziała o miłości skrywanej przez przyjaciółkę. Dowiedziała się dopiero rok później o jej nieszczęściu i nie wiedziała, co ma zrobić. Lucy zakazała jej zrywania z Natsu, bo jeśli Lisanna nie będzie szczęśliwa, ona też nie. Strauss wiedziała, że Heartfilia cierpi, ale usłuchała jej i została z Dragneelem. Wciąż jednak miała poczucie winy i nie potrafiła być szczęśliwa.
- Co jej dasz na święta? - spytała Mirajane, ciągle tępo wpatrując się w telewizję. Właśnie leciał jakiś program o tym, jak należy odpowiednio pakować prezenty. Potem przełączyła na Telezakupy, gdzie facet usiłował sprzedać choinkę oraz jakiś ładny świecznik.
- Sama nie wiem... - odpowiedziała cicho Lisanna, zastanawiając się nad czymś odpowiednim. Nagle zadzwonił telefon. Młodsza Strauss wstała z kanapy i podeszła do dzwoniącego przedmiotu, po czym podniosła słuchawkę.
- Halo? - powiedziała Lisanna. Stała przez chwilę w ciszy i słuchała, co Natsu miał jej do powiedzenia. Kiedy skończył, dziewczyna zamarła. Nie potrafiła powiedzieć ani słowa. Nie mogła się ruszyć. - Rozumiem - powiedziała w końcu. - Pomożesz mi z prezentem dla Lucy? Tak myślę, że będziesz potrzebny... Jasne... Dzięki za telefon... Nie, nic się nie stało... Zadzwonię do ciebie tak za pół godziny to omówimy szczegóły... Dzięki za wszystko. Na razie, Natsu.
Lisanna odłożyła słuchawkę. Stała przez kilka minut w miejscu ze spuszczoną głową i smutnym uśmiechem. Tak to się musiało skończyć. Nie żałowała niczego, nie miała też czegoś w rodzaju depresji czy załamania nerwowego, po prostu była zaskoczona. Tyle.
- Natsu dzwonił? Czego chciał? - spytała Mirajane z zerowym zainteresowaniem. Po prostu zawsze pytała, chociaż nie miała ochoty słuchać. Takie przyzwyczajenie, robiła to automatycznie.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć - odparła sucho Lisanna, po czym spojrzała na choinkę. Skrzywiła się. Drzewo było koszmarne. Juvia naprawdę lubiła ten cały świąteczny kicz.
- Och, och, moja siostra dorasta! - skomentowała złośliwie Mira, za co dostała w głowę talerzem. Dziewczyna złapała się za bolące miejsce, a z oczu poleciały jej łzy. Spojrzała na swoją młodszą siostrę z wyrzutem i oburzeniem. - Czemu zawsze w głowę, ty cholerna sadystko?!
- Może mózg ci się przestawi na odpowiednie obroty! - odpowiedziała Lisanna z przerażającym wyrazem twarzy. Mira skuliła się jeszcze bardziej i wróciła do oglądania telewizji. Czemu Lisa nie mogła się już wyprowadzić?! Miała dość tej przemocy. Powinna iść na policję.
- A gdzie jest Juvia? - spytała spokojniejsza już Lisanna, rozglądając się po pomieszczeniu. Spojrzała z przerażeniem na Mirę, która przeniosła swój wzrok na siostrę. Zmarszczyła brwi. - Nie mów, że coś jej się stało...
Dziewczyny poderwały się z miejsce i biegiem ruszyły ku kuchni. Na ziemi leżała Juvia, która ciężko oddychała i trzymała się za brzuch.
- RODZISZ?! - krzyknęła Mirajane z przerażeniem w oczach. Lisanna złapała się za głowę i zaczęła się modlić.
- NIEZALEŻNA KOBIETA - odkrzyknęła Juvia, krzycząc z bólu. - URODZĘ TUTAJ!
- NIE, NIE URODZISZ! - zadecydowała Mira, uderzając Lisannę w głowę. Młodsza Strauss się opamiętała, oczywiście zdążyła jeszcze zadać mocniejszy cios swojej siostrze. - JEDZIEMY DO SZPITALA!
Mirajane i Lisanna wzięły Loxer pod ręce i zaniosły ją do samochodu. Młodsza Strauss zajęła miejsce przy Juvii, głaszcząc ją po głowie. Loxer ciągle krzyczała i mówiła coś o nienawiści do lekarzy, ale nikt jej nie słuchał. Mira ruszyła z piskiem opon.

Mira i Lisanna czekały przed salą, gdzie odbywał się poród Juvii. Młodsza z sióstr chodziła tam i z powrotem okropnie zestresowana, pytając co chwilę pielęgniarki, kiedy to wszystko się skończy. Starsza Strauss siedziała na plastikowym krześle, spoglądając co chwilę na zegarek. Była już dziesiąta rano, a one miały jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Prezenty, sprzątanie, gotowanie.
W końcu lekarz odbierający poród wyszedł spocony i zdjął maskę. Odetchnął z ulgą.
- I jak? Wszystko dobrze? Dziecko zdrowe? - spytała przerażona Lisanna, podbiegając do mężczyzny. Lekarz uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Bliźniaki dwujajowe. Chłopiec i dziewczynka. Są zdrowe, waga odpowiednia, wielkość też - odpowiedział mężczyzna, niezwykle zadowolony. Uwielbiał, kiedy dzieci rodziły się w ten szczególny dzień. Miał taką naturę. A bliźniaki wigilijne? To dopiero nowość! - Mogą panie wejść.
- Dziękujemy - podziękowała uradowana Lisa i zaciągnęła siostrę do środka. Juvia leżała wykończona, trzymając w ramionach swoje dzieci. Mira otworzyła szerzej oczy i podeszła bliżej. Nachyliła się nad jednym z bliźniąt i uśmiechnęła się do niego. Spojrzała na Loxer, która była dumna z siebie, jak i zarówno ze swoich dzieci.
- A Gray? - spytała Mira. Juvia spochmurniała, kręcąc głową ze smutkiem. Spuściła wzrok i zamilkła. - Zadzwonić po niego?
- Nie. Nie było go wtedy, nie chcę, aby był tu teraz - odpowiedziała oschle Juvia, przytulając swoje dzieci. Lisanna westchnęła i pokręciła głową z politowaniem.
- One muszą mieć ojca - stwierdziła młodsza Strauss. Loxer spiorunowała ją wzrokiem, ale po chwili złagodniała, uśmiechnęła się przepraszająco i pokręciła głową. Mira i Lisanna pożegnały się, obiecując, że odwiedzą ją jeszcze na następny dzień, gdy będzie miała więcej siły.
Kiedy opuściły szpital, Mira wyciągnęła komórkę i wykręciła numer.
- Halo? - odezwał się głos w słuchawce.
- Cześć, Gray. To ja, Mira - przedstawiła się starsza Strauss. Lisanna spojrzała na nią zaskoczona. Nie spodziewała się tego po niej.
- Ach, wesołych świąt.
- I nawzajem. Ale dzwonię w innej sprawie - wytłumaczyła Mira już chłodniej. - Juvia właśnie urodziła.
Po drugiej stronie słuchawki nastała cisza
- Dzięki za informację - odezwał się w końcu, po czym się rozłączył. Wściekła Mira próbowała się do niego jeszcze dodzwonić, ale Fullbuster nie odbierał komórki. Prychnęła i schowała telefon do kieszeni. Nie mogła uwierzyć, że można się tak zachowywać.

- Nie - odpowiedziała natychmiast Erza, kiedy Levy spytała, czy przygotuje prezent dla Miry. Mcgarden spochmurniała, spojrzała z wyrzutem na Scarlet i zmarszczyła brwi. - Nie chcę się z nią w jakikolwiek sposób bratać.
- Są święta. To czas, kiedy ludzie sobie wybaczają! - powiedziała oburzona Levy, która była już trochę zirytowana. Erza zawsze robiła cyrki. Jakby nie mogła ten jeden, cholerny raz w roku zrobić to, o co ją prosiła.
- Święta są co roku. Poza tym, to głupie, że ludzie akurat wtedy muszą się godzić, jakby to było co najmniej wymagane. Lubię święta i ten cały kicz, ale bez przesady.
- Czemu się tak opierasz?! - krzyknęła Levy, na co kilku ludzi spojrzało na nią jak na wariatkę. Mcgarden próbowała się uspokoić, więc wzięła kilka głębokich wdechów. Napiła się kawy i westchnęła. - No proszę, zrób to. Tylko ten jeden raz. Już nigdy nie będę cię zmuszać.
- Obiecujesz? - spytała Erza z wahaniem po chwili milczenia. Levy przytaknęła. Scarlet westchnęła i się zgodziła. Mcgarden przytuliła ją najmocniej jak potrafiła.
Kilka sekund potem rozległ się dźwięk przychodzącego sms'a. Levy wyjęła komórkę z kieszeni i odczytała wiadomość. Aż krzyknęła z zaskoczenia. Erza spojrzała na nią z dezaprobatą, po czym z zerowym zainteresowaniem spytała, o co chodzi.
- Juvia urodziła! - wykrzyknęła uradowana Levy, ciesząc się jak małe dziecko. Erza z niedowierzaniem przeczytała treść sms'a, uśmiechając się pod nosem. Nie do wiary. Przecież Juvia miała urodzić w późniejszym terminie. Miła niespodzianka.
- Juvia urodziła?! - krzyknął zaskoczony chłopak zza dziewczyn. Przestraszona Levy odwróciła się, a Scarlet tylko zerknęła na przybysza. Był to Lyon wraz z Chelią, która właśnie rozmawiała przez telefon i najwyraźniej się z kimś o coś wykłócała.
- Też miło cię widzieć, Lyon - powiedziała złośliwie Erza, biorąc łyk kawy.
- Gray wie? - spytał Lyon cały podekscytowany. Scarlet i Mcgarden spojrzały na siebie, po czym się zastanowiły.
- Myślę, że tak. Założę się, że Mira najpierw zadzwoniła do niego - powiedziała Levy, na co Lyon tylko westchnął. Pewnie im odmówił. Dziwił mu się. Juvia była piękną, dobrą kobietą, na dodatek z dzieckiem Graya, a ten nie chciał nawet do niej pójść.
- On już taki jest, Lyon - stwierdziła zimno Erza, ogrzewając swoje zimne dłonie kubkiem kawy. Levy spiorunowała ją wzrokiem, ale Scarlet się nie przejęła. - Człowieka nie zmienisz tak łatwo.
- Ale on jest ojcem tego dziecka! - powiedział oburzony Lyon, ciągle broniąc swojego zdania. Levy poprawiła go i wytłumaczyła, że to bliźniaki. Chłopak westchnął i uderzył się ręką w twarz. Chelia właśnie skończyła swoją wybuchową rozmowę i podeszła do dziewczyn, po czym się przywitała.
- Co tacy markotni? - spytała dziewczyna, patrząc na twarze swoich przyjaciół. Levy i Lyon westchnęli o pokręcili głową z politowaniem na samą myśl o postępowaniu Graya.
- Juvia właśnie urodziła bliźniaki, ale Gray powiedział, że nie chce iść jej odwiedzić. Nie wiem, o co tyle krzyku. Niech robi co chce - powiedziała oschle Erza, po czym wzięła łyk kawy.
- Urodziła?! To wspaniale! Hej, Lyon, masz u niej szansę! - powiedziała uradowana Chelia, uśmiechając się do chłopaka. Ten spojrzał na nią ze zdziwieniem, podobnie jak Scarlet i Mcgarden. - Będziesz jednym z tych facetów, które wspierają swoje ukochane w ciężkich chwilach. Ona to doceni, uwierz mi! - Chelia uderzyła Lyona w ramię i pokiwała głową z dumą. Chłopak uśmiechnął się do niej i przyznał jej rację. Erza stwierdziła, że to bardzo dobry pomysł. Kiedy Lyon nie patrzył na Chelię i rozmawiał ze Scarlet na temat cen choinek, Blendy posmutniała. Spuściła głowę i cicho westchnęła. Dostrzegła to Levy. No tak, to było jasne. Chelia wciąż go kochała. Dla równowagi całej grupki powiedziała, że już dawno przestała Lyona darzyć uczuciem, ale nie była to prawda.
Levy zaklęła w myślach. Jak mogła tego nie zauważyć? Na dodatek stara się, aby jej ukochany był szczęśliwy.
- Jesteś idiotką, Chelia - powiedziała chłodno Levy, marszcząc brwi. Spojrzała z wyrzutem na Blendy, która stała zdziwiona. - Dobrze wiesz, o co mi chodzi - dodała twardo Mcgarden. Chelia spojrzała na nią zaskoczona. Teraz uświadomiła sobie, co Levy miała na myśli. Blendy prychnęła.
- Jeśli chodzi ci o to, że według ciebie wciąż kocham Lyona, to jest to nieprawda - skomentowała zdenerwowana Chelia.
- Wciąż mnie kochasz?
- Nie, do jasnej cholery! - wykrzyknęła zirytowana Blendy, uderzając Vastę w głowę, a Levy piorunując spojrzeniem. Co za bzdury! - Doskonale wiesz, Lyon, że potrafię zawalczyć o to, co kocham. Próbowałabym odwieść cię od pomysłu odwiedzenia Juvii, a nie podsuwania go!
- Wierzę Chelii. Nie okłamałaby mnie w takiej sprawie - oznajmił Lyon. Levy spojrzała na niego z niedowierzaniem, omal nie dusząc się z oburzenia. Erza podeszła do tego sceptycznie, bo Levy miała skłonności do przesady, a Chelia dziwnie się zachowywała.
- W każdym razie, porozmawiam jeszcze z Grayem. Może będę mógł go przekonać - powiedział po chwili Vasta. Mcgarden i Scarlet kiwnęły głowami. Blendy i Lyon pożegnali się, po czym odeszli. Levy spojrzała wściekła na Erzę.
- Dzięki, że mnie poparłaś.
- Jak przeznaczone będzie im być razem, to będą razem - odrzekła Scarlet, biorąc łyk kawy. Mcgarden westchnęła, ale nic nie powiedziała. Już po kilku minutach zaczęły rozmawiać zupełnie o czymś innym.